Siedzę po tej samej stronie biurka co wy – lekarze, terapeuci, pielęgniarki. Uczestniczę w tych samych odprawach, poruszam się po tych samych korytarzach. A jednak część mnie na zawsze została po drugiej stronie. W sali, w której walczyłem z własnym umysłem. Na izbie przyjęć, gdzie przywieziono mnie wbrew woli. W głowie, która wierzyła, że jestem „Księciem Śląska” na specjalnej misji. Nazywam się Arkadiusz i jestem asystentem zdrowienia w rybnickim szpitalu. Stoję na pomoście między światem pacjentów a światem personelu i z tej wyjątkowej perspektywy chciałbym podzielić się pięcioma prawdami, które pomogą nam lepiej się rozumieć i skuteczniej leczyć.

1. Urojenie ma swoją logikę, a pacjent swoją godność.

Gdy szarżowałem samochodem pod prąd, wierząc, że patroluję swoje księstwo, nie byłem szaleńcem. Byłem władcą wypełniającym misję. Mój płaszcz, kapelusz i oficerki nie były dziwacznym przebraniem, lecz atrybutem władzy. Z perspektywy profesjonalisty to były objawy. Z mojej – stuprocentowa rzeczywistość. Proszę, pamiętajcie, że za najbardziej absurdalnym zachowaniem kryje się wewnętrzna logika choroby. Zanim ocenicie pacjenta jako „agresywnego” czy „niekontaktowego”, spróbujcie dostrzec człowieka, który w swoim świecie walczy o przetrwanie. Wasz szacunek, nawet w momencie największego kryzysu, jest pierwszym krokiem do tego, by pacjent odzyskał godność, którą zabrała mu choroba.

2. Akceptacja choroby to bitwa, a nie kapitulacja.

Odstawienie leków rok po pierwszej hospitalizacji nie było aktem buntu dla samego buntu. Było krzykiem człowieka, który czuł się potwornie samotny i niezrozumiany, obarczony stygmatem „wariata”. Decyzja o powrocie do leczenia, o przyjęciu zastrzyku, który dziś pozwala mi normalnie funkcjonować, była najtrudniejszą bitwą w moim życiu. To nie była kapitulacja, lecz akt największej odwagi: przyznanie się przed samym sobą, że potrzebuję pomocy. Kiedy widzicie pacjenta, który odrzuca leczenie, pamiętajcie o tej wewnętrznej walce. To nie jest walka z wami. To jest walka z własnym ego, ze wstydem, z lękiem przed utratą kontroli. Potrzebujemy waszego wsparcia i cierpliwości, by tę bitwę wygrać.

3. Doświadczenie kryzysu to ekspertyza.

Wiedza z podręczników jest bezcenna. Ale istnieje też inny rodzaj wiedzy, równie ważny – wiedza płynąca z doświadczenia. Ja, i inni asystenci zdrowienia, jesteśmy „ekspertami przez doświadczenie”. Nikt, kto sam tego nie przeżył, nie zrozumie do końca smaku szpitalnej herbaty, poczucia beznadziei o trzeciej nad ranem czy lęku przed własnymi myślami. Ta wiedza pozwala nam budować most. Kiedy siadam obok pacjenta i mówię: „Też miałem urojenia, też się bałem”, tworzy się więź, której nie zastąpi żaden autorytet medyczny. Nasze historie to nie tylko opowieści. To narzędzie terapeutyczne, które uzupełnia wasze kompetencje.

4. Jesteśmy „tłumaczami” między dwoma światami.

Rola asystenta to rola tłumacza. Z jednej strony, pomagam pacjentom zrozumieć wasz, często hermetyczny, język. Tłumaczę, na czym polega leczenie, dlaczego farmakoterapia jest ważna, jak poruszać się w systemie, który ich przeraża. Z drugiej strony, tłumaczę wam perspektywę pacjenta. Przekazuję to, co dzieje się „za kulisami” formalnych sesji – ich niewypowiedziane lęki, obawy, subtelne zmiany nastroju. Jestem sojusznikiem pacjenta i jednocześnie partnerem dla was. Nie gramy w przeciwnych drużynach. Gramy do jednej bramki, a ja pomagam obu stronom lepiej zrozumieć zasady tej gry.

5. Żywy dowód to najsilniejszy lek na beznadzieję.

Farmakoterapia i psychoterapia są kluczowe. Ale istnieje lek, którego nie da się zapisać na recepcie – nadzieja. Kiedy wróciłem w mury rybnickiego szpitala jako pracownik, moją pierwszą misją było po prostu „być”. Usiąść i opowiedzieć swoją historię. Historię „Księcia Śląska”, który dziś pomaga innym. W oczach pacjentów, z którymi rozmawiałem, widziałem coś bezcennego: zdziwienie, a potem kiełkującą myśl: „Skoro jemu się udało, to może i mnie się uda?”. Moja obecność na tych samych korytarzach, które przemierzałem jako pacjent, jest żywym dowodem na to, że diagnoza to nie wyrok. To najpotężniejszy komunikat, jaki możemy wysłać tym, którzy stracili już wszystko – nawet nadzieję.

Moja droga od pacjenta do asystenta była krótka, ale intensywna. Każdy kryzys był cegiełką, z której zbudowałem nowe życie. Dziś wiem, że moją misją nie jest panowanie nad Śląskiem, ale służenie tym, którzy wciąż walczą. Wprowadzenie nas, asystentów, do systemu to krok ku jego humanizacji. To uznanie, że za każdą chorobą stoi człowiek, a jego głos i doświadczenie mają fundamentalne znaczenie w drodze do zdrowia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Okiem asystenta
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.