Nazywam się Arkadiusz i jestem żywym dowodem na to, że nawet z najgłębszej otchłani choroby psychicznej można powrócić do pełni życia. Moja droga do zdrowienia była intensywna i pełna zwrotów akcji. Zaledwie trzy lata po pierwszej hospitalizacji i rok po drugiej, wróciłem w mury Rybnickiego Szpitala Psychiatrycznego, ale już w zupełnie nowej roli – jako Asystent Zdrowienia. To opowieść o tym, jak z „Księcia Śląska” stałem się człowiekiem, który niesie nadzieję innym.

Początki mojej choroby były chaotyczne i dramatyczne. Uwierzyłem, że jestem potomkiem piastowskich książąt, że odziedziczyłem Śląsk. Mianowałem się „Księciem Śląska”, a moje urojenia pchały mnie do czynów, które z perspektywy czasu wydają się absurdalne i niebezpieczne. Szarżowałem samochodem pod prąd, wierząc, że jestem na specjalnej misji, że będę patrolował swoje „księstwo”. Moje zachowanie budziło strach i niezrozumienie. Rodzina i przyjaciele bezradnie patrzyli, jak tracę kontakt z rzeczywistością. Świat, który sobie stworzyłem, był dla mnie w stu procentach realny, a każda próba sprowadzenia mnie na ziemię kończyła się agresją i jeszcze głębszym pogrążeniem w chorobie.

W psychozie ubierałem się ekstrawagancko, płaszcz, kapelusz, czarne oficerki skórzane to charakterystyczne elementy tamtego ubioru.

Trafiłem do szpitala wbrew własnej woli. Byłem agresywny na Izbie Przyjęć, a w dzień w którym trafiłem do szpitala był najbardziej ekstremalnym dniem w historii mojej choroby. Nie pamiętam pierwszych dwóch tygodni hospitalizacji. Czas w szpitalu płynął inaczej, a ja na początku dalej tkwiłem w swoim urojeniowym świecie. Tak spędziłem tam dwa miesiące, by w końcu osiągnąć względną remisję. Rekonwalescencja jednak była trudna i po pierwszym roku od pierwszej hospitalizacji odstawiłem leki, gdyż nie widziałem sensu leczenia, który mi “nie służył”. Czułem się potwornie samotny i niezrozumiany. Stigma związana ze schizofrenią jest ogromna. Byłem „tym wariatem”, „nieobliczalnym”. Te etykiety bolały, ale jednocześnie, paradoksalnie, napędzały moją chorobę. Nie chciałem wiedzieć nic o chorobie. Nie interesowałem się w ogóle tematem schizofrenii, mojej diagnozy.

Przełom w moim leczeniu nie był pojedynczym zdarzeniem. To był proces, suma wielu małych kroków. Kluczowe okazało się wprowadzenie zastrzyku, początkowo raz na miesiąc, a obecnie raz na trzy miesiące, a z nią pojawiła się remisja i akceptacja – akceptacja faktu, że jestem chory i potrzebuję pomocy. To była najtrudniejsza bitwa, jaką stoczyłem: bitwa z samym sobą, z własnym ego, z „Księciem Śląska”. Zrozumiałem, że farmakoterapia jest niezbędna, ale sama nie wystarczy. Zacząłem świadomie korzystać z psychoterapii, uczyć się rozpoznawać symptomy zbliżającego się nawrotu. To była i jest ciężka praca, wymagająca dyscypliny i samozaparcia.

Ogromną rolę w moim zdrowieniu odegrało wsparcie bliskich oraz odnalezienie w sobie siły do walki. Kluczowe było także poczucie, że nie jestem sam z moim doświadczeniem. Dowiadywanie się o historiach innych osób (z grup na Facebooku), które również zmagają się z kryzysami psychicznymi i udowadniają, że choroba nie musi oznaczać końca normalnego życia, dawało mi motywację. Zrozumiałem, że dzieląc się własną, trudną historią, mogę walczyć ze stygmatyzacją i pokazywać innym ścieżkę, którą sam podążam.

Z czasem chęć pomocy innym przerodziła się w konkretny cel – postanowiłem zostać Asystentem Zdrowienia dzięki właśnie innym grupowiczom z Grupy Wsparcia na Facebooku, którzy taki kurs ukończyli. Wiedziałem, że moje przeżycia, moje cierpienie, mogą stać się unikalnym narzędziem i źródłem autentycznego wsparcia. Nikt nie zrozumie pacjenta tak dobrze, jak osoba, która przeszła przez to samo piekło.

Pierwsze kroki w pracy w Państwowym Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Rybniku były dla mnie niezwykle emocjonalne. Oczywiście najpierw rozpocząłem pracę na Oddziale Dziennym, aby nie iść od razu na głęboką wodę ale dość szybko skierowano mnie do pracy na Oddział Przyjęciowy na którym byłem hospitalizowany dwa razy. Szedłem tymi samymi korytarzami, które jeszcze stosunkowo niedawno przemierzałem jako pacjent pogrążony w psychozie. Mijałem te same sale, w których walczyłem z demonami własnego umysłu. Ale tym razem byłem kimś innym. Nie byłem już pacjentem, a partnerem dla personelu i przede wszystkim – wsparciem dla chorych.

Moim pierwszym zadaniem było po prostu być. Usiadłem na oddziale i rozmawiałem z pacjentami. Nie jako terapeuta, nie jako lekarz, ale jako ktoś, kto wie, co to znaczy mieć urojenia wielkościowe, co to znaczy bać się własnych myśli. Opowiedziałem im swoją historię – o „Księciu Śląska”, o szarży pod prąd, ale co najważniejsze, o tym, że można z tego wyjść. Widziałem w ich oczach zdziwienie, a potem kiełkującą nadzieję. Nadzieję, że ich los również może się odmienić.

Moja droga od pacjenta do Asystenta Zdrowienia była dosyć krótka, ale niezwykle intensywna, niczym budowa ważnego obiektu w ekspresowym tempie. Każdy kryzys, każdy upadek, każda łza były cegiełkami, z których zbudowałem swoje nowe życie. Dziś wiem, że moją prawdziwą misją nie jest panowanie nad Śląskiem, ale służenie tym, którzy wciąż walczą. Chcę im pokazać, że diagnoza to nie wyrok, a szpital to nie koniec drogi, lecz przystanek na ścieżce do zdrowienia. Bo jak pokazuje moja historia, nawet najmroczniejsza noc musi w końcu ustąpić miejsca świtowi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Okiem asystenta
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.