Biblioterapia. Dla wielu słowo to brzmi nieco tajemniczo, może nawet archaicznie. Kojarzy się z zakurzoną biblioteką, ciszą i samotnym pochylaniem się nad książką, która ma nas przenieść do innego, lepszego świata. To oczywiście jedna z pięknych funkcji literatury, ale w mojej pracy słowo „biblioterapia” nabiera zupełnie innego, znacznie bardziej dynamicznego znaczenia. To nie ucieczka od życia, ale potężne narzędzie do tego, by do życia wrócić – z nową siłą i zrozumieniem.
Kiedy ktoś trafia na moje zajęcia, nie zawsze wie, czego się spodziewać. Na stole nie leżą stosy powieści fantasy czy kryminałów. Zamiast tego mamy starannie dobrane teksty – fragmenty książek psychologicznych, artykuły, eseje. Mamy prawie trzydzieści różnych tematów, które dotykają samego sedna ludzkich zmagań: „Jak być asertywnym?”, „Jaki jest sens życia?”, „Skąd czerpać pewność siebie?”, „Jak rozpoznać i radzić sobie z toksycznymi osobami?”, „Motywacja, zmiana nawyków – jak zacząć?”.
Mój schemat działania jest z pozoru niezwykle prosty. Ja czytam na głos. Robię pauzy. I wtedy zaczyna się dziać magia.
Słowo jako pretekst
Wyobraź sobie salę, w której siedzi kilka lub kilkanaście osób. Każda z nich niesie swój własny, niewidzialny bagaż – lęków, niepewności, trudnych doświadczeń. W powietrzu unosi się cisza, gdy czytam tekst o stawianiu granic. Opowieść o kimś, kto nie potrafił powiedzieć „nie”, kto zawsze stawiał potrzeby innych ponad własne, aż w końcu poczuł się pusty i wykorzystany.
Wtedy robię pauzę. I pytam: „Co o tym myślicie? Czy coś w tym tekście do was przemówiło?
To jest kluczowy moment. Nagle okazuje się, że o wiele łatwiej jest rozmawiać o problemach bohatera z przeczytanego fragmentu niż o swoich własnych. Tekst staje się bezpiecznym pretekstem, lustrem, w którym można się przejrzeć bez konieczności mówienia wprost: „To o mnie. To ja tak mam”. Ktoś nieśmiało zaczyna: „Wydaje mi się, że ta postać bała się odrzucenia”. Ktoś inny dodaje: „A może po prostu nie nauczono jej, że jej potrzeby też są ważne?”.
W tej dyskusji, w tej wymianie myśli, uczestnicy przestają być tylko pacjentami. Stają się aktywnymi odkrywcami, analitykami ludzkiej natury – w tym swojej własnej.
Siła wspólnoty i uniwersalności
Najpiękniejsze w tych spotkaniach jest to, co dzieje się między słowami. To moment, w którym jedna osoba dzieli się swoją refleksją, a po drugiej stronie sali ktoś kiwa głową ze zrozumieniem. To ciche westchnienie, które mówi: „Ja też tak czuję”. To ulga malująca się na twarzy kogoś, kto przez lata myślał, że jest jedyną osobą na świecie zmagającą się z danym problemem.
Na sesji o sensie życia dyskutujemy o filozofach, ale tak naprawdę rozmawiamy o własnym zagubieniu i poszukiwaniu celu. Na zajęciach o motywacji analizujemy mechanizmy zmiany nawyków, ale w rzeczywistości każdy z nas zastanawia się, jak w końcu zacząć ćwiczyć, rzucić palenie czy nauczyć się nowego języka.
Książka, tekst, staje się wspólnym gruntem. Daje nam słowa na nazwanie tego, co do tej pory było niewyrażalnym, chaotycznym uczuciem. Daje strukturę, od której możemy się odbić, by zanurzyć się we własne wnętrze – ale już nie w samotności, lecz we wspierającej obecności innych.
Od teorii do praktyki
Ostatnim, ale najważniejszym etapem naszych spotkań jest wyciąganie wniosków. Nie chodzi o to, by jedynie zrozumieć teorię asertywności, ale by zadać sobie pytanie: „Jaką jedną małą rzecz mogę zrobić w tym tygodniu, by postawić granicę? Komu i w jakiej sytuacji powiem ‘nie’?”.
Celem nie jest samo czytanie, ale transformacja. Każdy tekst ma być iskrą, która zapali wewnętrzny ogień do zmiany. Ma być mapą, która pokaże drogę, ale to każdy z uczestników musi postawić na niej pierwszy krok. Ja jestem tylko przewodnikiem, który podaje latarkę i odczytuje drogowskazy.
Więc, po co komu biblioterapia w takiej formie?
Nie po to, by uciec od rzeczywistości. Wręcz przeciwnie – by ją lepiej zrozumieć, oswoić i świadomie kształtować. By w bezpiecznej przestrzeni, z pomocą mądrości zawartej w tekstach i wsparciem grupy, znaleźć narzędzia do budowania lepszego, bardziej świadomego życia. Bo czasem, żeby odnaleźć głos w sobie, trzeba go najpierw usłyszeć w opowieści kogoś innego.